poniedziałek, 22 marca 2010

Nie, nie łysych ;)

Papą pokrywaliśmy chudziak w piwnicy, czyli robiliśmy izolację przeciwwilgociową i to jej właśnie poświęcamy, kolejny odcinek tego baaaardzo nieregularnego cyklu.

Niezależnie od tego, czy dom ma piwnicę, czy budowany jest na płycie fundamentowej, jak większość w tej chwili, niezbędne jest wykonanie wewnętrznej izolacji przeciwwilgociowej posadzki. W naszym przypadku jest to posadzka piwnicy, bo to ona spoczywa bezpośrednio na gruncie, w przypadku domu na płycie fundamentowej, będzie to posadzka parteru.

Jak sama nazwa wskazuje, izolacja taka ma zapobiec przedostawaniu się wilgoci z gruntu do wewnątrz domu. Jej wykonanie wydaje się proste, ale wymaga dużej dokładności i najczęściej jest powiązane z wykonaniem ostatecznej wylewki posadzkowej na danej kondygnacji, w naszym przypadku - piwnicy. I to naszemu przypadkowi poświęcone będzie to studium ;)

Pierwsza warstwa podłogi naszej piwnicy to tzw. chudziak, chudy beton, czyli taki, w którym jest mało cementu. Powstaje on bardzo prędko, bo zaraz po postawieniu ścian piwnicy, między ławami fundametowymi, do ich wysokości, bezpośrenio na dobrze ubitym (np. za pomocą skoczka), piaskowym gruncie.

Chudziak jest twardy i można po nim spokojnie chodzić, jeździć róznymi sprzętami, ale nie jest to docelowa podłoga, ponieważ jest to tylko bardzo cienka warstwa bardzo kiepskiego betonu. Trzeba ją zaizolować, ocieplić, a na koniec ułożyć docelową posadzkę.

Zacznim zaczniemy układać papę na chudziaku, trzeba użyć lepika. Całą powierzchnię izolowanej posadzki pokrywamy warstwą gęstej, czarnej mazi. My użyliśmy do tego Izobudu BR. Na prawie 80 metrów powierzchni zużyliśmy 3 wiadra 20-litrowe, ale nie oszczędzaliśmy, staraliśmy się kłaść warstwę nie za cienką i w taki sposób, aby dokładnie wypełniła wszystkie szczeliny. Ważne jest, aby na wysokość kilkunastu centymetrów (10-15) pokryć lepikiem też ściany zewnętrzne i ściany nośne budynku, które zostały postawione na ławach fundamentowych. Ściany te, już na etapie powstawania, były zaizolowane papą od spodu, która została najpierw ułożona na ławach, a następnie wywinięta do góry i doklejona do  ściany na wysokości około 10-15 cm. Papę, którą będziemy za chwilę układać, trzeba szczelnie z nią połączyć.

Pap jest mnóstwo różnych. Mają różne grubości, różnym są pokryte kruszywem, są zwykłe i są takie, które można przylepić do izolowanej powierzchni pod wpływem temperatury.
Na izolację posadzki na gruncie najłatwiej i najbezpieczniej użyć dość grubej papy termozgrzewalnej.
Jest ona pokryta od spodu specjalną masą bitumiczną oraz folią, dzięki której nie skleja się zwinięta w rolkę. Do jej ułożenia potrzebny też będzie palnik i np. butla z gazem. Papę trzeba potraktować ogniem od spodu, spala się ochronna folia, masa bitumiczna rozgrzewa się, zaczyna się lepić i lać, a dzięki temu papa idealnie przywrze do lepiku, którym szczelnie wysmarowaliśmy nasz chudziak.

Na taką izolację nie ma mocnych :) A to  jeszcze nie koniec.

Ponieważ na skutek horrendalnego błędu naszego pierwszego majstra (za, który m.in. wyleciał z budowy) nasza piwnica, a co za tym idzie - cały dom, została posadowiona 20 cm za nisko, zdecydowaliśmy trochę podnieść jej podłogę do góry, co najmniej o 15 cm. Dlatego, na ułożoną izolację postanowiliśmy jeszcze wylać solidny, wodoszczelny beton, który da nam dodatkową pewność, że nie będzie wilgoci w piwnicy. Wylaliśmy zatem 8-cm dywanik.
Pomimo tego, że poprosiliśmy w wytwórnki, żeby był w miarę rzadki, abyśmy dali radę rozłożyć go na całej powierzchni, zanim zacznie tężeć, ledwo zdążyliśmy i jeszcze przez następne dwa dni byliśmy po tej robocie zmęczeni.

Kiedy już udało nam się w miarę równomiernie rozprowadzić beton po powierzchni, musieliśmy go zawibrować. Użyliśmy do tego specjalnej, wypożyczonej na dobę łaty wibracyjnej.

Dzięki zawibrowaniu kruszywo się odpowiednio rozkłada, usuwane są pęcherzyki powietrza, na wierzch wydostaje się tzw. "mleczko", które na końcu zatarte styropianową pacą nadaje posadzce względną gładkość.

Równy poziom posadzki na powierzchni całej piwnicy udało nam się uzyskać dzięki wytyczeniu wysokości za pomocą niwelatora oraz sieci porozpinanych między ścianami linek, w których trochę ciężko było się poruszać, ale które koniec końców zdały egzamin, jako pomoc niwelacyjna, chociaż nie perfekcyjnie dokładna.

Na szczęście wiedzieliśmy, że na tę wylewkę przyjdzie jeszcze styropian, ogrzewanie i posadzka właściwa, którą wykona profesjonalna firma, dlatego mogliśmy sobie pozwolić na pewne niedokładności.

Jednak o kolejnych warstwach, w kolejnych odcinkach :)

Pozdrawiam
Ania

sobota, 12 grudnia 2009

Murki oporowe, to nie jest jakieś tam "widzimisię" producentów betonu, jak niektórzy myślą. Dzięki nim, zaoszczędzamy sporo miejsca w ogrodzie, którego nie zabierają skarpy, a przede wszystkim zabezpieczamy tak ważne strefy, jak np. wjazdy do garaży, zejścia do piwnicy, czy każde niżej płożone części posesji, przed osuwaniem się ziemi.

Poprzednio Wojciech wyłożył dokładnie, jak samemu zbudować murek, a nawet nie lada mur, ponieważ te, które my budowaliśmy w najwyższym punkcie mają po 1,6 m wysokości. Niestety, jako dosyć dziewiczy budowniczowie, nie ustrzegliśmy się pewnych potknięć, przez co mur, po zdjęciu szalunku, okazał się mieć nierówności w miejscach łączeń płyt.

Zasięgaliśmy języka u kilku fachowców. Jedni kazali to skuwać i wyrównywać zaprawą tynkarską, jeszcze inni twierdzili, że nic się z tym nie da zrobić... a bardzo miły pan w sklepie ze sprzętem budowlanym podał nam specjalną tarczę diamentową do betonu i powiedział, że wszystko się da zeszlifować.

Wspaniałomyślnie uprzedził nas też, żeby zaopatrzyć się w maskę i okulary, bo będzie trochę pylić.

Osobiście nie wiem, jaką maskę i okulary trzeba byłoby mieć, żeby się nie najeść tego pyłu i nie mieć go w oczach. Te atrybuty, które ja miałam na sobie nie wystarczyły, pył był wszędzie, absolutnie wszędzie.

Ale na szczęście efekt szlifowania był zadowalający.

Co prawda uzyskaliśmy trochę efekt lastryko, ale z czasem nasze mury zostaną obłożone klinkierem, jak cały cokół domu, więc nic nie będzie widać.

No i, jakby ktoś jeszcze nie zauważył, murki szlifowałam, nie chwaląc się, ja:

Ania :)

15:56, budowniczowie , postępy
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 października 2009

Witam!

Wiem ze zaniedbaliśmy blog, ale za dużo mielismy obowiązków na raz. Niektóre były nawet bardzo przyjemne, jak np. nasz ślub, chociaż przygotowania do niego i praca na budowie pozostawiały nam czas jedynie na sen.
Na budowie działo się sporo. W kolejnych wpisach dowiecie się, co takiego udało nam się przez ten czas z robić, co jeszcze przed nami i kiedy dom będzie nadawał się do zamieszkania.

W pierwszej kolejności chcieliśmy posprzątać teren wokół domu. Pierwszy plan mieliśmy taki, żeby właśnie w ogrodzie zrobić wesele. Ostatecznie z niego zrezygnowaliśmy, ale z początku zapaliliśmy się do prac porządkowych, w tym do wyrównania potężnych gór ziemi otaczających dom. Aby jednak te góry ruszyć, musieliśmy przygotować wjazd do garażu. Żeby nie osypywała się na niego ziemia, konieczne było wykonanie murów oporowych. Zabraliśmy się do pracy :)

Mając na uwadze, że Afryka umiera z pragnienia, a w Europie zużywa się zdecydowanie za dużo wody, wpadliśmy na pomysł, aby zbudować zbiornik na deszczówkę. Po analizie i skrupulatnych obliczeniach naszego dziadka (profesora, budowniczego tam i zapór wodnych) okazało się, że zbiornik rozwiąże jeszcze jeden problem - niskiego położenia naszej piwnicy i braku w bezpośrednim sąsiedztwie studni deszczowej, o której istnieniu w dokumentacji zapomniał deweloper. Dzięki zbiornikowi o pojemności 3m3, usytuowanemu pod wjazdem do garażu, nie tylko zawsze będziemy mieć własną wodę do podlewania ogródka, ale również zabezpieczy on garaż przed ewentualnym zalaniem podczas intensywnych opadów czerwcowo-lipcowych (dacie wiarę, że w tych dwóch miesiącach w Polsce, spada na nas najwięcej deszczu?).

Prace zaczęła koparka, która odkopała wjazd do garażu oraz wykonała wstępnie wykop pod zbiornik. Następnie w wykop zostali wpuszczeni poleceni przez dziadka starzy wyjadacze budów Czesio i Sałata :)
Ponieważ my nie za bardzo się znaliśmy ba szalunkach do betonu itp. byliśmy nawet zadowoleni z tego, że ma kto dla nas wykonać te wszystkie prace betonowe. Jednakże szybko okazało się, że Sałata bardziej od kopania woli zbierać kamienie z okolicznych działek i pól, co poskutkowało tym, że zamiast ładnego wykopu na budowie wyrosła nam góra otoczaków :) Widząc mikry postęp robót, postanowiłem wesprzeć chłopaków jako taczkowy i stróż. Na dnie wykopu panowie ustawili szalunek, a następnego dnia przyjechał beton by wylać płytę fundamentową zbiornika.

W niedzielę beton "wiązał się" i odpoczywał :) A od poniedziałku panowie zabrali się za budowanie szalunków ścian zbiornika. Po 3 dniach, gdy pojawiłem się na budowie by sprawdzić jak wyglądają szalunki przed zabetonowaniem, ukazał się mi obraz nędzy i rozpaczy. Nie było jednej prostej krawędzi, a wszystko było tak pomocowane, że nie wytrzymałoby naporu waty cukrowej, a co dopiero mówić o betonie. Postanowiłem resztę prac wykonać sam. Nigdy w życiu nie robiłem szalunków, ale uznałem, że dyplom inżyniera i umiejętność posługiwania się poziomicą jak najbardziej mnie do tego kwalifikują :)

Wraz z wezwanym do pomocy kolegą zaczęliśmy prostować szalunki Czesia i Sałaty oraz wzmacniać i zapierać całą konstrukcję. Po 16 godzinach równania, zapierania i przybijania szalunki były gotowe na przyjęcie betonu. Niestety, brak doświadczenia dał się nam we znaki.  Szalunki ledwo co wytrzymały napór betonu, a przez to, że napełnialiśmy je nierównomiernie, z lekka się powykrzywiały. No i ściany zbiornika znowu zrobiły się krzywe. Aż się boję pomyśleć co by się stało jakby beton znalazł się w szalunkach wykonanych przez panów, którzy całe życie przepracowali na budowach.


ściany zbiornika w trakcie rozszalowywania

Nauczony doświadczeniem, szalunki na płytę zbiornika zrobiłem bardzo solidne i nic się nie skrzywiło. Większość zakrzywień została wyrównana.

zbrojenia i płyta
zbiornik przed wyalaniem płyty i uzbrojone fundamenty murów

W tym samym czasie przygotowane zostały zbrojenia na fundamenty murów oporowych (po bokach zdjęcia powyżej widać poustawiane pręty). Zbrojenie w połowie przygotowaliśmy sami. Natomiast bardziej skomplikowane kształty potrzebne przy wyższych murach wygięła nam firma sprzedająca pręty zbrojeniowe. Wszystko to trzeba było powiązać ze sobą.

Po wizycie dziadka i sprawdzeniu ustawienia zbrojenia i szalunków zamówiłem beton i wylałem (tak nawiasem mówiąc beton się układa, a nie leje) płytę oraz fundamenciki pod mury oporowe.

Następnego dnia zabrałem się za budowę kolejnych szalunków - na mury.

Oczywiście zawsze można wynająć szalunki systemowe ale wiele więcej radości daje zrobienie wszystkiego samemu, no i... jest znacznie tańsze :)

Do wykonania murku oporowego potrzebna będzie płyta wiórowa. Takową można kupić w hipemarketach budowlanych. Ponieważ sprzedawana jest ona w bardzo dużych arkuszach można od razu poprosić o przycięcie na zadowalający nas wymiar. W naszym wypadku wysokość muru oporowego została dobrana tak, by można było wykorzystać dokładnie połowę płyty. Cięcie na profesjonalnej maszynie ma też tę zaletę, iż płyty pocięte są dokładnie po linii prostej. Płyta powinna być dość gruba, nasza miała 18mm grubości. Ponadto trzeba się zaopatrzyć w pręt gwintowany oraz podkładki, koniecznie powiększone i nakrętki. Pozostałe elementy zostały nam na budowie po wcześniejszych pracach.

Wyposażeni w materiały przystępiliśmy z kolegą do przygotowania elementów szalunków. Na początku należy na fundamentach narysować przy użyciu ołówka (może być to "zaczarowany ołówek" co rozwiąże wszystkie nasze późniejsze problemy ;> ) obrys muru. Następnie wiercimy otwory, tak by krawędź otworu dotykała narysowanej linii. W otwory wbijamy pręty zbrojeniowe. Otwory w betonie muszą być minimalnie mniejsze od prętów, które w nie wbijemy. My użyliśmy prętów zbrojeniowych fi 12mm, a otwory wykonaliśmy wiertłem 10mm. Głębokość otworów powinna być min. 5cm a długość prętów ok. 10-15cm, aby wystawały ok. 5-10cm z betonu. Pręty te mają służyć temu, aby płyty szalunku opierały się o nie i nie zsuwały do środka.

Gdy już mamy odpowiednio przygotowane fundamenty możemy zabrać się za przygotowanie płyt wiórowych. Pierwszym zasadniczym problemem jest odpowiednie przycięcie płyt do skosów, ponieważ nasz fundament, z pacji, że jest to wjazd do garażu, idzie "pod górkę". Ja zrobiłem to przy użyciu poziomicy i miary. Ustawiałem deskę w miejscu, w którym ma się znaleźć docelowo, kładłem na nią poziomice i mierzyłem odległość między narożnikiem deski a fundamentem dbając jednocześnie o to by deska znajdowała się w poziomie.

Później zmierzoną odległość zaznaczałem na desce i po zaznaczeniu linii do przeciwległego rogu przycinałem deskę.  Sposób ten nie jest doskonały ze względu na to iż fundament nie jest idealnie płaski i powstają prześwity między fundamentem a deską. Tym jednak nie należy się martwić gdyż, jeśli nie są większe niż 1 cm, możemy je wypełnić pianką montażową bez obawy ze beton wypchnie piankę. Szersze szpary powinniśmy dodatkowo obsypać ziemią lub zabić dodatkowym kawałkiem deski. Inną możliwością jest zeszlifowanie betonu.

kąty


do przycięcia desek po skosie wystarczy ręczna piła elektryczna

Tak przygotowane deski łączymy z płytami, za pomocą belek wzmacniających, przykręcając je przy użyciu wkrętów do kartongipsu. Belki wzmacjające powinny być rozstawione co ok. 30cm (ale pierwsza i ostatnie nie dalej niż 5cm od krawędzi), co zagwarantuje nam iż płyta ani deski nie powyginają się pod naporem betonu. Grubość kantówek - wedle uznania, moje miały 8cm grubości i 10cm szerokości.

wididok z boku

Celem łatwiejszego demontażu, płyty możemy natrzeć spalonym olejem silnikowym, co spowoduje, że beton nie przyklei się do naszych szalunków.

Jeśli mamy przygotowane płyty na obie strony szalunku możemy przystąpić do ustawienia i wstępnego ich zaparcia. Płyty wstępnie zapieramy o pręty wbite wcześniej w fundament przy obrysie muru, po czym wiercimy w fundamencie otwory przy belkach, rónież w bijamy w nie pręty, które zaprą szalunek i całość dociskamy klinami.

widok z góry
wstępne zapieranie szalunków - rzut z góry

Może się tak zdarzyć, że, od strony, po której nie będzie ziemi, fundament będzie węższy i nie będziemy wstanie zaprzeć szalunku o pręty zbrojeniowe. W takiej sytuacji szalunek można zaprzeć przy użyciu zaostrzonej deski wbitej w ziemię.

Jak już wykonamy powyższe czynności możemy przystąpić do skręcania szalunków. Poprzez belki wzmacniające wiercimy otwory wiertłem o 2mm większym od posiadanych śrub, którymi są gwintowane z dwóch stron pręty o długości około 40 cm. Otwory sugeruję wykonać na wysokości 1/3 i 3/4 wysokości płyty wiórowej. Przez wykonane otwory przekładamy pręty gwintowane. Wewnątrz szalunków na pręty nakładamy rurki dystansowe, które przycięte dokładnie na planowaną grubość muru, nie tylko ochronią nasze pręty przed wtopieniem ich w beton, ale też będą pomocne przy dokładnym pionowaniu szlunku, ponieważ pozwolą utrzymać żądaną szerokość murów. Można kupić rurki betonowe, które są sztywniejsze, ale trudniejsze do pocięcia lub rurki elektroinstalacyjne PCV do pocięcia których wystarczy zwykła piła.  Włożenie dolnych rurek czasami bywa trudne, szczególnie samemu, ale wykonalne.

przekrój
skręcone szalunki, przekrój poprzeczny

Jeśli nasz murek oporowy będzie dłuższy niż jedna płyta, dobrze jest przy użyciu deski połączyć ze sobą skrajne śruby szalunków. Zabezpieczy to nas przed powstaniem uskoków w betonie.
Oczywiście, szalunek musi mieć zakończenie. Najlepiej jest je zrobić wstawiając przyciętą na odpowiednią szerokość deskę między skręcone już płyty szalunku i przykręcić ją przez płytę śrubami. Dodatkowo taką deskę dobrze jest zaprzeć by beton jej nie wyrwał.

Całkowicie skręcone szalunki należy jeszcze spionować przy użyciu poziomicy i dobrze pozapierać by podczas wlewania betonu cały szalunek się nie przewrócił. Jeśli zamawiamy beton z wytwórni, szalunki można rozebrać następnego dnia, uważając by nie pokruszyć narzędziami świeżego betonu.

W następnej notce, bo ta już jest za długa, opiszę jak usunąć ewentualne niedoróbki, których nam nie udało się uniknąć. Jednak, chociaż murki oporowe robiliśmy pierwszy raz w życiu, efekt wydają nam się zadowalający.

Pozdrawiam :)
Wojtek

--------------------

ps. na początku wspomniałem o naszym ślubie. to wydarzenie było jeszcze jednym potwierdzeniem, że całe nasze życie kręci się wokół budowy, a blogasek chyba zatacza coraz szersze kręgi czytelników. również podczas ślubu nie zabrakło akcentów budowlanych. Ojciec Michał, który udzielał nam ślubu całe kazanie oparł na motywie budowy domu, jako metafory budowania wspólnej przyszłości dwojga kochających się ludzi i cały czas się zastanawiamy czy wiedział, a jesli tak, to skąd wiedział o budowie. natomiast świadkowa Ani - Gosia wraz z mężem Leszkiem, którzy użyczyli nam swojego samochodu, wykonali dla nas niezwykłe tablice rejestracyjne, specjalnie na ten dzień :)

 

13:54, budowniczowie , postępy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
teren budowy | wstęp wskazany
Bądź na bieżąco
budowniczowie polecają
top | tylko dla budownicznych szablon wykonała kate_mac
budowniczowie